Co tu dużo mówić. Jazda do sklepu i z powrotem. W takim terenie mógłbym tak jeździć codziennie...
Pod sklepem oczywiście lody :D Pytanie: kto z nas ma na tym zdjęciu głupszą minę? ;p
To był koniec jazdy na ten dzień. Dzień, który nie miał być rowerowy - zaplanowaliśmy na niego wiele innych atrakcji... Między innymi rejs po wzburzonym morzu ;-)
Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu...
Dzięki za ten dzień, a zwłaszcza wieczór! Zapamiętam go na długo...
Dom - Kiekrz - Żydowo - Pamiątkowo - Szamotuły - Pęckowo - Nowa Wieś - Stare Miasto - Wartosław - Mokrz - Rzecin - Mężyk - Miały - Wieleń - Dzierżążno Wielkie - Przelewice - Szczuczarz - Jagoda
Z kilku ważnych i ważniejszych ;-) powodów z Poznania wyruszyliśmy (my, czyli ja i Duda) później niż planowaliśmy. Pogoda dopisywała, humory też - w końcu jedziemy do Jagody! Pierwszy postój zaplanowaliśmy w Szamotułach, gdzie zjedliśmy śniadanie w pobliżu Zamku Górków.
Jechało nam się bardzo dobrze. Prędkość w sam raz, częste zmiany, dzięki czemu szło odpocząć. I tylko wiatr wiał inaczej niż przewidywałem, ale na szczęście nie było to zbyt uciążliwe. Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów minęło bardzo szybko i wylądowaliśmy nad Wartą wcześniej niż powinniśmy.
Dlaczego wcześniej niż powinniśmy? Dlatego, że prom ma przerwę śniadaniową między 11.00 a 14.00 i musieliśmy na niego poczekać kilkanaście minut. Mieliśmy przynajmniej czas na kilka zdjęć w Wartosławie.
W końcu pojawił się nasz Charon. I to na czym!!!
Żeby nie było: widok na Wartę od południa.
Prom, czyli łajba na linie.
I widok na Wartę od północy. Jak widać prom działa :D
Teraz zaczęło się najgorsze. Tzn. ja jeszcze o tym nie wiedziałem, ale Mariusz miał już okazję wcześniej poznać Pustynię Notecką... ehhhh... chciałem napisać Puszczę Notecką ;-) Tu jeszcze nie jest źle, ale na następnym zdjęciu widać o co mi chodzi...
Piękna piaskownica, nieprawdaż? Żeby było ciekawiej w bidonach również susza... Najbliższy otwarty sklep jest... we Wronkach! No masakra jakaś...
Nawet nie wiecie jak się ucieszyliśmy po ujrzeniu asfaltu...
Nastąpiła mała zmiana planów i odpuściliśmy sobie dalsze "robienie zamków z piasku". Do Wielenia dostaliśmy się szosą. Tam również obraliśmy dłuższą, ale pewniejszą drogę przez Dzierżążno. Tuż za nim nastąpiło to, na co czekałem od samego Poznania. 10 kkm na GieTeku!
Z tej okazji na przystanku w Przelewicach wypiliśmy po małym piwku i... co niektórych złapała hipoglikemia ;p Fakt, zapomnieliśmy o tym działaniu alkoholu...
Na szczęście do Jagody nie było już daleko, jechaliśmy jakimś szlakiem pieszym, więc nie trzeba było uważać na samochody itp. i tym sposobem zjawiliśmy się w sercu Puszczy Drawskiej. Rowery się zmęczyły - my również mieliśmy dość na dzisiaj.
Celem podróży była chata studencka "Jagoda". Zupełna dzicz, brak prądu, gazu, bieżącej wody i w wielu miejscach zasięgu ;-) Za to jest las, cisza przerywana śpiewem ptaków i rechotem żab, przepiękne jezioro w pobliżu i najważniejsze: unoszący się duch Jagody. Miejsce zapada w pamięć na zawsze; każdy kto tam był chce do niego wracać. Potwierdzeniem tego są liczne wizyty byłych studentów naszej uczelni - nawet podczas tego 4-dniowego pobytu odwiedził nas były student naszej uczelni, teraz pewnie lekarz lub stomatolog, pokazujący swoim znajomym "naszą Jagodę"...
Tylko do Cykloturu wyprostować hak. Stwierdziłem, że nie będę tego robił samemu bo tam ponoć mają jakąś fajną maszynkę do prostowania haka i to będącego przykręconym cały czas do ramy, dzięki czemu jest idealnie równo. Najważniejsze, że rzeczywiście działa :-) Przy okazji nabyłem drogą kupna nowe kółeczka do tylnej przerzutki. W końcu te 9800 km'ów je "troszkę" zmęczyło... (choć prowadzące jeszcze by pewnie pociągnęło ;p)
PS Na koniec anegdotka: koleś w serwisie "uświadomił" mi, że mam pogiętą środkową tarczę oraz blat w korbie. To co, że wiem o tym od dawno. Za to od razu pomyślałem o tym, co wczoraj pisał drogbas (KLIK)
Standardowa jazda po mieście. W pewnym momencie, podczas zmiany z przodu z 2 na 3, łańcuch zawinął się na środkowej zębatce i zablokował. Od tego momentu tylnej przerzutki nie idzie już dobrze wyregulować... Hak lekko wygięty... Widocznie powodem było zbyt duże chwilowe naprężenie łańcucha. Aż mi się w to wierzyć nie chce, ale to jedyne wytłumaczenie. Jutro czeka mnie poszukiwanie haka w sklepach, jednak czuję że będzie z tym problem. No nic... pewnie trzeba będzie go "wyklepać"...
PS A może ktoś z Was ma pod ręką takie cudo do ramy GT Avalanche 2.0 ?!
Dzisiaj robiłem za nadwornego fotografa. Zdjęć napstrykałem sporo bo i okazji dużo - w końcu dzisiaj mieliśmy Dzień Sportu oraz Medykalia na uczelni. Z tego powodu musiałem być w redakcji po aparat rano oraz popołudniu - dojazdy oczywiście rowerkiem :-)
Dom - Janikowo - Ligowiec - Antoninek - Malta - Stary Rynek - Cytadela - Dom
Mega spokojna przejażdżka z kumplem, podczas której obgadaliśmy wszystko co się działo przez ostatnie tygodnie. A działo się dużo... niestety...
Dla pocieszenia znajomych, którzy słyszeli o mojej ubiegłotygodniowej przygodzie - jest już lepiej. Nawet zaczynam wyglądać jak człowiek. A jutro wielki dzień - zdjęcie szwów ;p Poniżej zdjęcie z wczorajszych obchodów 90. Jubileuszu UAM-u. JESTEŚMY DZIELNI!!!
Mimo nie najlepszego samopoczucia, takiej okazji nie można było przegapić. Zaopatrzyliśmy się w małe Ciemne Noteckie i pojechaliśmy na działkę kolegi. Kiełbasek nie kupowaliśmy - liczyliśmy, że uda nam się co nieco wyłudzić (udało się ;-)
Ognisko ogniskiem, ale najpierw trzeba skołować drewno. Na szczęście jedno z drzewek usycha, więc je pocięliśmy :D
A tutaj najważniejszy moment:
Panowie zrobili swoje, więc mogli usiąść do piwka - ognisko ktoś jednak musiał rozpalić ;p
Rowerki również się temu przyglądały...
A propos kiełbasek - się pieką ;p
Dziwne to było, ale dym cały czas podążał za mną co widać po moim koledze... (mnie nie rusza :-)
Czas płynął, ludzi przybywało, drewno się skończyło ;-)
Yyyy... chyba już wystarczy ;-)
Powoli zaczęło się robić ciemno i chłodno, więc musiałem zmykać do domu (w końcu cały czas jestem przeziębiony ;p ) A tak miło się robiło...
Powrót tempem szyyybkim. Ostatni podjazd przed osiedlem zrobiłem cały czas na stojąco z prędkością w granicach 32-33 km/h. Za to jak wpadłem do domu to się ze mnie dosłownie lało...
Podsumowując: super było, szkoda, że czasu nie ma zbyt dużo i trzeba było kończyć... Ale już są plany na następny wypad do Skoczka :D
Zaczęliśmy z dudą od ostrej jazdy niedaleko Malty. Trzy kółka wystarczyły, aby się zmęczyć. Lekko spuchnięci pojechaliśmy na miejsce spotkania z resztą osób. Jak się okazało przyjechał jeszcze Piotr oraz Darek. Wspólnie pokręciliśmy się po "moich okolicach" zahaczając m.in. o Ligowiec.
Jakiś taki zmęczony dzisiaj byłem i prawie cały czas chciało mi się jeść... Stąd nie jechało mi się najlepiej. Ale i tak było fajnie.
Dom - PKP Poznań Karolin - (26 km) - PKP Murowana Goślina - ZAWODY - Dom
Wyścig z serii Powerade MTB Maraton 2009 Co nieco o samej trasie: zapisaliśmy się na dystans mega, który wg organizatorów miał mieć 68 km (a miał chyba trochę więcej...) Przewyższenie w sumie 717 m. Najwyższy punkt to Dziewicza Góra (143 m n.p.m.) Poniżej mapka oraz profil.
Jeśli chodzi o sam wyścig to opiszę go w skrócie podając kolejne kilometry jazdy. Oczywiście liczby w przybliżeniu, nie pamiętam dokładnie, gdzie miałem jaki przebieg. 0 - 20 km - dużo piachu i jeszcze więcej przeciskania się do przodu w celu znalezienia swojego miejsca w stawce. Jedna podbramkowa sytuacja, kiedy prawie leżałem, gdyż zakopałem się w jakiejś piaszczystej koleinie. 25 km - fajny odcinek, krótkie podjazdy/zjazdy, zakręty oraz... piach. Na jednym z zakrętów klasyczne OTB w moim wykonaniu (koło podczas skrętu zakopało się w piachu). Na szczęście tylko zadrapane i obite kolano, więc jadę dalej. Cały czas sporo wyprzedzania... 30 - 40 km - luzik, spokojne kręcenie przed siebie oraz pierwszy posiłek na trasie. 40 km - taki jakby mały kryzys, nikogo przede mną, nikogo za mną - nie chce mi się ;p 45 - 55 km - dogania mnie jakiś "pociąg" ;-) Zmotywowany przyspieszam, robimy zmiany i ogólnie jest fajnie - tak już do Dziewiczej. 60 km - Dziewicza. Tutaj zaskoczenie: czemu wszyscy jadą tak wolno? Spodziewałem się mega zmęczenia z mojej strony, a nawet na najbardziej stromym podjeździe wyprzedzałem innych :D 65 - 73 km - czuć zmęczenie, wkurzające jest to, że trasa powinna już się kończyć a Murowanej ani widu, ani słychu. Do tego dochodzi problem z zatartą linką tylnej przerzutki. Obserwuję również ciekawy objaw: czuję mocne mrowienie w... prawym sutku :D Ciekawe, czy ktoś mi powie co to mogło oznaczać ;-) Finisz - wjeżdżamy na metę gdzieś tak w pięć osób, jeszcze parę metrów i wziąłbym osobę przede mną - brakło mi 0.217 sekundy ;-) Ogólnie rzecz biorąc jest faaajnie - zmęczony ale szczęśliwy! :-) Co do roweru na trasie to poza wspomnianymi problemami z tylną przerzutką mam spore luzy na przedniej piaście. Trzeba ją w najbliższym czasie rozkręcić. Innych kłopotów brak. Podsumowując: super dzień, dobra organizacja, miła atmosfera na mecie. No i na zakończenie wyniki: Czas: 02:53:43.846 na dystansie 73.39 km (wg mojego licznika) co daje w sumie średnią około 25.3 km/h. Strata do najlepszego 00:32:18.704. Miejsce open: 69/486 startujących w Mega, w M2 miejsce 35/167 zawodników. Chyba całkiem dobrze :-)
Tutaj jeszcze przed startem. Patrzę w kierunku Dudy zmieniającego dętkę ;-) Jakby co to widać mnie pod literką "H" (foto by: Bolek0)
Ruszyliśmy, niestety wybrałem złą stronę drogi i musiałem się troszkę wlec... Tym razem jestem czwarty od lewej. (foto by: Kash)
A teraz mała niespodzianka ze startu. Przewińcie na 47 sekundę :D
No i jedyne dobre zdjęcie z trasy - szkoda, że nie widać roweru... (foto by: myzsa58)
A tutaj jako jeden z wagoników pewnego pociągu - niestety na końcu ;-) (foto by: SieTek)
Umówiłem się dzisiaj z Jackiem, że wspólnie przejedziemy się po numerki na jutrzejszy maraton w Murowanej. Czekając na niego spotkałem również Krzyśka oraz Andrzeja. Ci jednak wymiękli i jechali samochodem ;p Dzisiejsza jazda baaardzo spokojna, co by się przed jutrem nie "wypalić" ;-) Mimo to na miejsce dotarliśmy całkiem szybko, postaliśmy chwilę w kolejce po numerek, zrobiliśmy zdjęcie na mecie (jutro może nie być czasu ;p ) i wróciliśmy do domów.
Szkoda tylko, że niedługo muszę wychodzić do pracy... znowu będę niewyspany...
Nikt pewnie nie uwierzy, ale jako dziecko nie chciałem jeździć na rowerze. Za to w 2009 roku wystartowałem w pierwszych zawodach. To wtedy zaczęła się moja przygoda z kolarstwem. Kiedyś nastawiony na wyniki, teraz częściej wybieram "kolarstwo romantyczne".
Nowy stary Grizl po wymianie gwarancyjnej. Przy okazji wjechał napęd na bateryjki.
Canyon Grizl AL
Osprzęt Sram Rival XPLR (42T + 10-44T)
Koła BW SuperLite 40
Opony Hutchinson Caracal Race 45
CHIŃCZYK
Spełnienie marzeń o karbonowym 29er. Początkowo miał to być niemiecki Canyon, ale z powodu wpadki przy jego zakupie, zdecydowałem się na chińczyka od Konwy. Podczas składania plan był prosty - budujemy rower do ścigania, ale nie bez kompromisów. Oprócz wagi liczyła się przede wszystkim trwałość, uniwersalność i wygoda. Tym sposobem minimalnie przekroczyliśmy 10 kg, ale wyszło super.
Flyxii FR-216
RockShox SID XX World Cup
Osprzęt XT M8000 (34T + 11-46T)
Koła DT 350 + DT XR331 + DT Champion
Opony Vittoria Barzo 2.25 + Mezcal 2.25
FURIOUS
Wół roboczy złożony z części, które zostały po połamanym Grizzlu.
Accent Furious Pro
Osprzęt GRX RX400 (38T + 11-34T)
Koła DT Swiss Gravel LN
Opony CST Overton 40C
GRIZZLY
Zakup długo chodził mi po głowie, ale pojawiały się myśli, że te gravele to tylko chwilowa moda. Po wielu tysiącach kilometrów szutrów i asfaltów stwierdzam, że zamiana szosy na gravela to był strzał w dziesiątkę! Szybkość, wygoda i wolność. Gdybym miał mieć jeden rower, to na pewno byłby to gravel :) Rama pękła po 20.000 km. Bez zająknięcia została wymieniona na nową w ramach gwarancji, więc plus dla Canyona.
Canyon Grizl Al
Osprzęt GRX RX400 (40T + 11-38T)
Koła BW SuperLite 40
Opony Tufo Thundero HD 40C
WILMA
Pierwsza szosa, kupiona lekko używana. Mimo zastosowania karbonu, demonem wagi nie była - w sumie około 9 kg. Po latach oddana w dobre ręce, by cieszyć kolejnego właściciela :)
Wilier Triestina Mortirolo
Osprzęt Campagnolo Veloce/Mirage
Koła DT R460
LAWINKA
Byliśmy razem od lipca '07. Była to miłość od pierwszego wejrzenia, która zaraziła mnie pasją do kolarstwa :) Początkowo robiła za sprzęt do ścigania, później katowałem ją na całorocznych dojazdach do pracy. Niestety, pękła w okolicach suportu po ponad 60.000 km, więc trzeba było ją czymś zastąpić...