Dolomiti due, czyli wpierdol po włosku
Kategoria > 50, 2026 Dolomiti, Edge 1040, Foto, MOUNTAINS are calling!
Piątek, 19 czerwca 2026
Komentarze: 0
Vśrednia10.07 km/h
Vmax67.54 km/h
Tętnośr.127
Tętnomax166
Kalorie 3362 kcal
Temp.27.0 °C
Connect | Wczorajszy wypych na zachód słońca to nic, w porównaniu do tego, co przygotował nam Grzesiek na dzień dzisiejszy. Ale po kolei - zaczynamy cudowną szutrową ścieżką.

Dość szybko docieramy do Lago di Braies, takie Morskie Oko, ale po włosku. Ładnie, bardzo!


Marian zalicza awarię (i na szczęście jedyną) przerzutki, ale udaje się ogarnąć temat. Kawałek jeszcze jedziemy, choć wiemy, że ma być ze dwa kilometry wypychu (do tego ponad 500 m w pionie). Jestem pewien, że było więcej! Mi zajęło to dobre 1,5 godziny, kolegom prawie dwie... Oj, nawet ja na górze powiedziałem Grześkowi, że to bez sensu. Że jeśli chcemy chodzić po górach, to pojedźmy na trekking, nie na rowery...


Najgorsze w tym wszystkim, że... było warto :D Co niektórzy mają rowerowe foto życia :)

Wjechaliśmy (no dobra, wepchaliśmy) trzeba zjechać. Chyba jeszcze nigdy nie miałem tak gorących zacisków...

Kawałek było nawet płasko, do czasu gdy dojechaliśmy w dolinę Val di Marebbe. Szczerze - na początku zastanawiałem się, jak my tam wjedziemy!

O dziwo się udało, ale wpierdol był niewiele mniejszy niż na wypychu chwilę wcześniej (o, tam koło tego schroniska robiłem powyższe zdjęcie).

W Ücia dles Muntagnoles spijamy piwko i zaczyna się najpiękniejsza część dzisiejszego dnia. Przejazd przez dolinę Val di Fanes to jest po prostu bajka :)



To nic, że kończy się długim sprowadzaniem rowerów po schodach, już do tego przywyknęliśmy :D

Powoli robi się późno, więc na campingu szybko zjadamy burgera i, znowu w roli przedskoczka, jadę zameldować nas w Rifugio Passo Valparola. Dla nieznających włoskiego - passo znaczy przełęcz, więc znowu jest pod górkę. Ale za to jak pięknie :)

Cudowny dzień, cholernie ciężki, ale było warto :)


Dość szybko docieramy do Lago di Braies, takie Morskie Oko, ale po włosku. Ładnie, bardzo!


Marian zalicza awarię (i na szczęście jedyną) przerzutki, ale udaje się ogarnąć temat. Kawałek jeszcze jedziemy, choć wiemy, że ma być ze dwa kilometry wypychu (do tego ponad 500 m w pionie). Jestem pewien, że było więcej! Mi zajęło to dobre 1,5 godziny, kolegom prawie dwie... Oj, nawet ja na górze powiedziałem Grześkowi, że to bez sensu. Że jeśli chcemy chodzić po górach, to pojedźmy na trekking, nie na rowery...


Najgorsze w tym wszystkim, że... było warto :D Co niektórzy mają rowerowe foto życia :)

Wjechaliśmy (no dobra, wepchaliśmy) trzeba zjechać. Chyba jeszcze nigdy nie miałem tak gorących zacisków...

Kawałek było nawet płasko, do czasu gdy dojechaliśmy w dolinę Val di Marebbe. Szczerze - na początku zastanawiałem się, jak my tam wjedziemy!

O dziwo się udało, ale wpierdol był niewiele mniejszy niż na wypychu chwilę wcześniej (o, tam koło tego schroniska robiłem powyższe zdjęcie).

W Ücia dles Muntagnoles spijamy piwko i zaczyna się najpiękniejsza część dzisiejszego dnia. Przejazd przez dolinę Val di Fanes to jest po prostu bajka :)



To nic, że kończy się długim sprowadzaniem rowerów po schodach, już do tego przywyknęliśmy :D

Powoli robi się późno, więc na campingu szybko zjadamy burgera i, znowu w roli przedskoczka, jadę zameldować nas w Rifugio Passo Valparola. Dla nieznających włoskiego - passo znaczy przełęcz, więc znowu jest pod górkę. Ale za to jak pięknie :)

Cudowny dzień, cholernie ciężki, ale było warto :)









Komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy.